... czyli o emigracji w okolice Genewy.

poniedziałek, 25 lipca 2016

Szwajcaria: Praktyczne informacje dla turystów

Sezon urlopowy w pełni i pewnie część z Was jedzie albo planuje jechać do Szwajcarii. O czym warto pamiętać? Czym Szwajcaria różni się od sąsiednich krajów? Oto garść praktycznych informacji. Wpis ten powstał w ramach akcji W 80 blogów dookoła świata*.

Zamek w Gruyères
Zamek w Gruyères

Szwajcaria: Praktyczne informacje dla turystów


1. Przestrzegaj przepisów drogowych

Wiadomo, wszędzie trzeba. Ale nie wszystkim przychodzi to z łatwością, a ciężka noga w Szwajcarii jest wyjątkowo bolesna dla portfela. Nie ma żartów, bo przekroczenie prędkości na autostradzie (przy dozwolonej prędkości 120 km/h (!) już o 5-10 km/h może skutkować mandatem w wysokości 20 franków, a poza autostradą 40 franków. Przy przekroczeniu prędkości o 21-25 km/h na autostradzie żegnamy się z kwotą 260 franków, a jeśli to droga niebędąca autostradą kierowca jest wzywany do sądu. Tak samo jeśli w dowolnym miejscu, z autostradą włącznie, pojedzie jeszcze szybciej. Może też dostać zakaz prowadzenia pojazdów: Rekordzista ze Szwecji zapłacił milion franków mandatu za jazdę z prędkością 290 km/h. I stracił samochód.

Czy to jednak problem dla przeciętnego turysty? Żaden. Szwajcaria jest mała i piękna, a autostrady potrafią być dość kręte - uważam, że te ograniczenia są całkiem rozsądne.


2. Pamiętaj o winiecie

Szczęśliwie jeżdżenie po szwajcarskich autostradach nie jest drogie. Dla motocykli i samochodów do 3,5 tony obowiązuje jedna winieta za 40 franków na rok kalendarzowy (jest ważna od momentu zakupu to 31 stycznia następnego roku) i można jeździć gdzie się chce (z wyjątkiem niektórych tuneli), co może być dużo tańsze od francuskich i polskich autostrad. W Polsce można ją kupić tylko w PZM, w Szwajcarii na każdej stacji benzynowej, a w krajach sąsiednich na stacjach bliżej granicy. Za brak winiety grozi mandat w wysokości 200 franków + koszt winiety. Można ją też kupić na granicy, ale trzeba stać w sporej kolejce.

3. Zadbaj o ubezpieczenie

Koszty leczenia w Szwajcarii mogą zrujnować jeśli nie ma się ubezpieczenia. Ubezpieczonym w Polsce powinna wystarczyć karta EKUZ wydawana przez NFZ, ale warto wykupić jeszcze dodatkowe prywatne ubezpieczenie, szczególnie jeśli planujecie jeździć na nartach. Pobyt w Szwajcarskim szpitalu może kosztować grube tysiące franków, a sam transport karetką, nawet trwający zaledwie kilka minut, to koszt co najmniej kilkuset franków. Co ważne, podstawowe tanie ubezpieczenia często nie zwracają kosztów karetki, albo zwracają tylko część. Np. z kartą EKUZ NFZ zwraca tylko 50%. Zdecydowanie warto przeczytać dokładnie warunki ubezpieczenia i być może wykupić jakieś lepsze.

4. Zadbaj o samochód przed wyjazdem

Niby oczywistość, ale naprawdę warto mieć przed wyjazdem pewność, że samochód jest sprawny. Lepiej naprawić wszystko w Polsce, bo pomoc drogowa i warsztaty samochodowe są w Szwajcarii bardzo drogie.

5. Lepiej nie przewoź większej ilości alkoholu i mięsa.

Z reguły nie ma kontroli na granicach, więc łatwo zapomnieć, że to nie Unia i nie można przewozić niektórych towarów w dowolnej ilości bez cła. Broni nie można wwozić wcale, surowego mięsa nie więcej niż 500 gramów na osobę, alkoholu do 18% nie więcej niż 5 litrów na osobę, a powyżej 18% - nie więcej niż litr na osobę. Można wziąć więcej, ale należy zgłosić do oclenia, w przypadku alkoholu to 2 franki za litr.

6. Przewóz zwierząt? Nie ma większego problemu.

Podróżowanie z psem czy kotem nie jest szczególnie problematyczne, a formalności nie różnią się od tych w krajach Unii Europejskiej. Pisałam o tym szczegółowo wcześniej w poście o wyjeżdżaniu za granicę z kotem.

7. Szwajcarskie miasta nie są duże, ale samochód lepiej zostawić na obrzeżach.

Miasta w Szwajcarii nie są ogromnymi metropoliami. W Zurychu mieszka niecałe 400 tys. ludzi, w Genewie  niecałe 200 tys., a wszystkie inne miasta są mniejsze. Korki potrafią być jednak dotkliwe, a komunikacja miejska jest na bardzo wysokim poziomie, przynajmniej ta w Genewie. Bilety są też tańsze niż parkingi w centrum.

Genewa, wejście do parc des Bastions
Genewa, wejście do parc des Bastions

8. Podróż pociągiem nie musi być droga.

Jeśli planujecie podróże pociągami warto kupić kartę Swiss Pass, która upoważnia do zniżek na środki transportu, łącznie ze słynnym ekspresem lodowcowym. Jest kilka taryf, a im dłuższa tym bardziej się opłaca. Przykładowo za 440 franków można bez limitu podróżować po Szwajcarii przed 15 dni. Dorośli do 26 roku życia płacą trochę mniej, a towarzyszące dzieci do lat 16 za darmo. przy okazji dostaje się darmowe wejścia do muzeów. Wydaje się drogo? Krótka (1,5 godzinna) podróż z Genewy do Fryburga na zwykłym bilecie to koszt 80 franków w obie strony.

9. Języki w Szwajcarii

W Szwajcarii mówi się czterema językami: po niemiecku, francusku, włosku i retoromańsku. To jednak wcale nie znaczy, że przeciętny Szwajcar zna je wszystkie! W Zurychu raczej nie dogadamy się po francusku, a w Lozannie po niemiecku, a tym bardziej po włosku, nie mówiąc o retoromańskim, którym włada może 0,5% Szwajcarów. Na szczęście przynajmniej w miastach nie ma większego problemu z porozumieniem się po angielsku.

10. Godziny otwarcia sklepów

Można się zdziwić, szczególnie w niedzielę, szczególnie z polskimi przyzwyczajeniami. Raczej nie wyskoczymy do sklepu po piwo w okolicach 22, o całodobowym Tesco nie ma mowy, a na zrobienie zakupów w niedzielę raczej nie ma co liczyć.

11. Wszędzie jest pięknie

Nie chciałam, żeby tak wyszło, ale powyższa lista może trochę wystraszyć. Nie znaczy to jednak, że lepiej nie jechać do Szwajcarii! Wręcz przeciwnie, warto, głównie dla niezapomnianych widoków. Nie ma większego znaczenia, którą część wybierzemy, bo cały kraj jest wspaniały. Trzeba się tylko nieco przygotować do wyjazdu i wszystko będzie dobrze.



*W 80 blogów dookoła świata to akcja, w której zrzeszeni blogerzy językowo-kulturowi raz w miesiącu publikują post na wspólny temat, ale każdy z perspektywy swojego kraju. Tematem lipcowym są porady dla turystów planujących podróż. Chcecie jechać gdzieś indziej? Poczytajcie tu:


Chiny:
Biały Mały Tajfun: 10 porad

Finlandia:

Francja:

Gruzja:

Hiszpania:

Japonia:

Kirgistan:


Niemcy:
Nauka Niemieckiego w Domu: 10 porad dla turysty w Niemczech
Niemiecki po ludzku: 10 porad dla turysty
Norwegia:

Wielka Brytania:

Włochy:


czwartek, 26 maja 2016

Portes du Soleil poza sezonem, czyli cztery pory roku w maju

Portes du Soleil, czyli słoneczne wrota, to trzynaście ośrodków narciarskich na pograniczu francusko-szwajcarskim, z których najwyższy znajduje się na wysokości 2400 m. Razem stanowią jeden z największych ośrodków sportów zimowych na świecie. W lecie też nie brakuje tam atrakcji, szczególnie jeśli lubi się górskie wędrówki lub nieco bardziej wyczynową jazdę na rowerze.

A na wiosnę? Nie ma za bardzo co robić, a ośrodki przypominają miasta duchów. Co wcale nie znaczy, że nie warto się tam wybrać! Chociażby dla fantastycznych widoków, ciekawej architektury i chodzenia w śniegu po kolana w połowie maja.

Tak było w Avoriaz, chyba najciekawszej miejscowości należącej do Portes du Soleil. Już sama jazda tam jest emocjonująca, bo trzeba jechać serpentynami na wysokość 2000 m. Droga jest jednak porządna i dobrze utrzymana, więc nie ma się czego bać, choć w zimie mogą przydać się łańcuchy. Avoriaz to spory i nowoczesny ośrodek z robiącą wrażenie architekturą, zwany czasami zimowym Saint Tropez. Większość budynków została zaprojektowana w latach sześciesiątych przez młodych architektów, którym udało się idealnie wpasować wysokie, kilkunastopiętrowe drewniane budynki w krajobraz. Dzięki temu, że ośrodek powstał praktycznie od zera, jego twórcom udało się zachować niespotykaną chyba nigdzie indziej spójność. Szczerze mówiąc na miejscu byłam bardziej zainteresowana budynkami niż krajobrazami, ale nie wydaje mi się, żeby to było do końca typowe ;)

Avoriaz, widok z drogi
Avoriaz widziane z drogi

Avoriaz
A takie widoki można podziwiać na miejscu.
hotele w Avoriaz
Jeden z wielu hoteli i dużo śniegu


Jadąc do Avoriaz od francuskiej strony Jeziora Genewskiego i odbijając w okolicach Thonon-les-Bains, przejeżdżamy przez Morzine, największą miejscowość Portes du Soleil. Nie jest jednak tak ciekawa jak Avoriaz, choć domyślam się, że w sezonie wygląda to inaczej.

Morzine
Widok na Morzine


Kolejnym ośrodkiem w Portes du Soleil jest Monriond, położone nad jeziorem o takiej samej nazwie. Całe można przejść dookoła w mniej niż godzinę i podziwiać widoki z każdej strony. Z jakiegoś powodu jezioro jest idealnym środowiskiem dla żab, bo jest ich tam całe mnóstwo, dosłownie wszędzie. Czy to efekt czystej wody, braku drapieżników, a może czegoś jeszcze? W każdym razie w okolicznej restauracji podawane są świeże (co było podkreślone w menu) żabie udka. Ciekawe czy pozyskiwane na miejscu.

Jezioro Montriond
Jezioro Montriond

Jezioro Montriond
Jezioro Montriond


Wracając do Genewy, szkoda nie zahaczyć o Thonon-les-bains, urocze uzdrowisko, znowu nad jeziorem, ale tym razem nieco większym, bo Genewskim. Tego z pewnością nie da się obejść w godzinę :) Ale wylegiwanie się na plaży po zaraz po zjechaniu z ośnieżonego Avoriaz było całkiem ciekawym przeżyciem.

Thonon-les-Bains nad Jeziorem Genewskim
Thonon-les-Bains nad Jeziorem Genewskim


Avoriaz, Morzine i Montriond znajdują się we Francuskiej części Portes du Soleil, podobnie jak Châtel, La Chapelle-d'Abondance, Saint-Jean-d'Aulps, Les Gets i Abondance. Do Szwajcarii należą z kolei Morgins, Les Crosets, Champery, Val d'Illiez i Torgon.

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Anglicyzmy w języku francuskim

Jest taki znany chyba wszystkim stereotyp, że Francuzi nie lubią angielskiego, nie uczą się go i nie chcą się w nim porozumiewać. Cóż, znam kilku Francuzów, którzy mówią po angielsku tak, że mucha nie siada, z drugiej strony nieco traumatycznie wspominam podróże do Francji sprzed 10 lat, kiedy z dogadaniem się po angielsku w najprostszych sprawach miałam bardzo poważne problemy. Na usprawiedliwienie Francuzów dodam, że we Włoszech nie było wcale lepiej... I ponoć dużo się zmieniło. W Genewie raczej wszyscy mówią po angielsku, ale staram się używać tylko francuskiego.

Genewa, zabawny mural
Murale w Genewie miewają czytelne dla większości opisy po angielsku

Inny, choć pokrewny stereotyp mówi też, że Francuzi angielskiego nie znoszą tak bardzo, że bronią się rękami i nogami przed anglicyzmami i ich ekspansją do swojego języka. Bo skoro nawet komputer nazwali l'ordinateur... Ale nie do końca tak jest, młodzież zdaje się nie mieć z wplataniem angielskich słów większych problemów i nawet Académie française (odpowiednik naszej Rady Języka Polskiego) nie jest w stanie tej ekspansji zatrzymać.

Zmiany widać i słychać szczególnie w pracy. Na korytarzach międzynarodowych korporacji, nieważne czy w Paryżu, Genewie, czy Krakowie, słychać o meetingach, brainstormingu, bullet pointach, workshopach, deadlinie, lunchach i brunchach, debriefingach, interview i fuckupach. Dla niezaznajomionych z tzw. korpomową chodzi o odpowiednio: spotkanie, burzę mózgów, listę w punktach, praktyczne szkolenia, ostateczny termin zrobienia czegoś, wczesny obiad i późne solidne śniadanie (słowo powstałe z połączenia breakfast i lunch), rodzaj sprawozdania, rozmowę kwalifikacyjną oraz fakt, że... wszystko poszło nie tak. Delikatnie mówiąc.

Ale już ASAP, czyli skrót od as soon as possible (tak szybko jak to możliwe) jest co prawda znany, ale zastępowany przez francuskie DQP (dès que possible), co zresztą zasugerowała wspomniana wcześniej (ustanowiona jeszcze w XVII wieku przez kardynała Richelieu) Académie française. Deadline można (i powinno się) zastąpić francuskim délai, ale już nie dziwię się tak bardzo, że liste de choses à faire (lista rzeczy do zrobienia) jest wypierana przez krótkie to-do-list.

A młodzież? Tweetuje (tweeter), pyta wujka Google'a (googler), pisze, że coś jest śmieszne (lol), od czasu do czasu jeszcze płaci gotówką (payer cash), robiąc zdjęcia używa zooma (zoomer) i strzela sobie selfie za pomocą selfie-sticka. Nie tylko młodzież zresztą...

Inne modne angielskiego słowa to le mug (kubek), low-cost (tani), le challenge (wyzwanie), le magazine people (magazyn o celebrytach), un hot-dog i un hamburger (wiadomo), l'hobby (też wiadomo), le jean (dżinsy), le tramway (tramwaj), a także un hold-up (napad z broną w ręku) i un kidnapping (porwanie). I wiele wiele innych...

Są też zapożyczenia, że tak brzydko powiemlevel hard. Bo istnieje też taki twór jak Frenglish lub Franglais, czyli połączenie obu języków, zwykle sposodowane marną znajomością jednego z nich (bądź obu) lub wieloletnim przebywaniem za granicą. Nie czuję się na siłach, żeby we Frenglishu stworzyć coś sama, więc zacytuję Urban Dictionary:

I really besoin de faire my taxes tonight. Cause they're due like, maintenant. So I'll do that ce soir.

Przyznać się, kto jeszcze nie złożył deklaracji podatkowej?



Oczywiście nie każde słowo, które brzmi podobnie w obu językach, jest anglicyzmem. Raczej odwrotnie - to w angielskim jest mnóstwo słów francuskiego pochodzenia, które przeniknęły na Wyspy w czasach, kiedy to po francusku mówiła cała Europa. Jeśli jednak chodzi o słowa związane z nowoczesnymi technologiami, tzw. korpomową, czy językiem młodzieży, to nie ma wątpliwości w którą stronę nastąpiła ekspansja. Co ciekawe, są to w większości te same słowa, które w (niemal) niezmienionej formie przeniknęły też stosunkowo niedawno do polszczyzny. Można tego nie akceptować, można wyśmiewać, a można uznać, że język to twór żywy i elastyczny, więc niech się zmienia, bo zmian nie da się zatrzymać. I dotyczy to nawet francuskiego.




Wpis powstał w ramach akcji W 80 blogów dookoła świata. Raz w miesiącu, zawsze dwudziestego piątego, grupa blogerów kulturowo-językowych pisze artykuły na wybrany temat, każdy z perspektywy swojego kraju. Tematem przewodnim kwietniowej edycji są stereotypy narodowe. To temat stary jak świat, stereotypów o Francuzach i Szwajcarach znam pewnie tyle, co każdy, ale przedstawicieli obu narodowości znam zbyt krótko i zbyt słabo, żeby móc je obiektywnie skonfrontować. Wybrałam więc bezpieczny temat językowy, a po bardziej soczyste stereotypy o różnych nacjach zapraszam do innych blogerów, biorących udział w akcji.


Austria
Viennese breakfast - 5 faktów i mitów o Austrii

Chiny
Biały Mały Tajfun - 5 mitów o Chinach

Finlandia
Finolubna - 5 stereotypów o Finach
Suomika - 5 mitów i faktów o języku fińskim

Francja
Madou en France - 5 stereotypów o Francuzach, czyli co zaskoczyło mnie we Francji cz.2
Zabierz swego lwa - Ci tchórzliwi Francuzi, którzy podbili Anglię

Gruzja
Gruzja okiem nieobiektywnym -  Najbardziej mylące stereotypy o Gruzji

Japonia
Japonia-info.pl - Mity na temat języka japońskiego

Kirgistan
O języku kirgiskim po polsku - Językowe stereotypy o Kirgizach
Enesaj.pl - Pięć stereotypów o Kirgistanie i Kirgizach

Niemcy
Niemiecka Sofa - 5 niemieckich mitów i legend

Norwegia
Pat i Norway - 5 obiegowych stereotypów o Norwegii i Norwegach

Tanzania/Kenia
Suahili online - 5 mitów o Kenii i Tanzanii (i o Afryce w ogóle)

Wielka Brytania 
Angielska Herbata - Fakty i mity o Brytyjczykach i Wielkiej Brytanii
Angielski c2 - Język prawdę Ci powie
English tea time - Angielski oczami ucznia
Język angielski dla każdego - 5 stereotypów o Anglikach

Włochy
Wloskielove - Obalam 5 stereotypów o Włochach  
Obserwatore - A może by tak zamieszkać w słonecznej Italii? Mity o Włoszech.



Chcesz dołączyć do grupy? Napisz na blogi.jezykowe1@gmail.com.




niedziela, 13 marca 2016

Praca zdalna - jak ją wykonywać lub zlecać i nie zwariować

Tym wpisem rozpoczynam serię artykułów na temat pracy zdalnej. Nie jest to co prawda temat ściśle związany ani z Francją ani ze Szwajcarią, ale praca z domu jest doświadczeniem wielu emigrantów.

W styczniu minął rok odkąd (z przerwami) pracuję z domu. Wcześniej nie byłam fanką tego rozwiązania, ale dość szybko się przyzwyczaiłam i udało mi się wypracować pewien system, a nawet znaleźć w tym wszystkim jakieś zalety. Wiem już, że praca z domu nie musi oznaczać gorszej produktywności, ale dalej można wpaść w kilka pułapek.



Jedna uwaga: nie jestem freelancerką, pracuję na etacie i to trochę zmienia perspektywę, bo obce mi są typowe dla freelancerów problemy, jak brak stabilności, czy czekanie na przelew. Z drugiej strony współpracuję z wieloma freelancerami, więc wiem jak to wygląda po obu stronach barykady.

Zalety i wady pracy zdalnej są dość oczywiste. Z jednej strony jest wygoda pracy z domu, brak dojazdów, bardziej elastyczny czas pracy (choć to akurat często mit), lepszy kontakt z rodziną. Z drugiej strony samotność, poczucie izolacji i uwięzienia w domu. Czasem coś, co dla jednej osoby jest zaletą, dla innej może być problemem nie do przejścia. Postaram się nie powtarzać więcej banałów, tylko podzielić się tym, co u mnie działa. Piszę z perspektywy bezdzietnego ekstrawertyka i zdaję sobie sprawę z tego, że nie są to rady uniwersalne dla każdego.


Co robić, żeby pracować z domu i nie zwariować?

1. Wstawać rano. Wylegiwanie się do południa nie ma żadnego sensu, a tylko sprawi, że będziemy pracować do późnego wieczora. Czasem i tak trzeba, często można, ale po co samemu pozbawiać się czasu na inne rzeczy? Jeśli druga połówka wychodzi rano do pracy, lepiej wstać w tym samym czasie, zjeść razem śniadanie, a potem od razu ruszyć do swoich zajęć.

2. Robić dokładnie to samo, co robilibyśmy wychodząc z domu do pracy, powtarzać poranne rytuały. Jesz śniadanie i czytasz wiadomości, zakładasz lepsze ubrania, układasz włosy? Rób to też zanim zaczniesz pracę w domu. Sama nie mam w ogóle ubrań, które nadają się wyłącznie do chodzenia w nich po domu, a siedzenie w piżamie przez cały dzień w ogóle nie jest fajne.

3. Nie rozpraszać się tym, że w domu zawsze jest coś do zrobienia. Jest, ale zawsze może poczekać, praca nie powinna. Ustalić z domownikami, że pracowanie z domu nie znaczy, że przejmiemy wszystkie obowiązki domowe, bo tak samo jak ci wychodzący do pracy możemy nie mieć na nie czasu ani ochoty. Jeśli w biurowej kuchni ktoś nabrudził to raczej nie zabierasz się za mycie jej? No właśnie, w domu (w czasie pracy) też nie musisz.

4. Koniecznie wychodzić do ludzi, jak najczęściej. Spotykać się ze znajomymi albo chociaż powymieniać maile. Iść na zakupy, na spacer. Łatwo zdziczeć kiedy się spędza większość czasu w domu i tylko we własnym towarzystwie.

5. Pomyśleć o coworkingu. Praca w kawiarniach ma swoich zwolenników, ale nie należę do nich, bo zbyt łatwo się rozpraszam. Perspektywa wynajmowania biurka i faktycznego wychodzenia do biura jest o wiele bardziej kusząca, choć kosztowna. Przestrzeniom coworkingowym w Szwajcarii poświęcę niedługo osobny wpis.

6. Przygarnąć zwierzaka, a najlepiej psa, który wymusi wychodzenie z domu i spotykanie ludzi. Gorzej, gdy jednak po jakimś czasie wrócimy na stałe do biura... Z kotem nie wyjdziemy na spacer, ale będzie nieco mniej wymagającym, a równie cennym towarzyszem. A kot przechadzający się przed kamerką w trakcie spotkania służbowego jest bezcenny.

7. Dostrzegać pozytywy, bo istnieją! Długie dojazdy, korki, zima stulecia i inne zewnętrzne niedogodności nie mają na nas aż takiego wpływu jeśli pracujemy z domu. Nie jesteśmy przywiązani do jednego miasta, kraju, ani nawet kontynentu. Telepracownicy są lepiej wspani, mniej przemęczeni i rzadziej chorują.



O byciu tym, kto zleca i rozlicza pracę zdalnych współpracowników musiałabym napisać osobny artykuł. Z doświadczenia po obu stronach wiem, że taki system działa i nie ma powodów, żeby się go bać. Mało tego, to nie nowa moda, ale zmiana, którą coraz bardziej widać. Szacuje się, że już jedna trzecia Amerykanów miała w ubiegłym roku jakiś kontakt z telepracą, a i w Polsce pewne profesje, jak chociażby tłumacze, graficy, czy redaktorzy, coraz bardziej (chcąc nie chcąc) przenoszą się do domowych biur. Ja swoją pracę z domu traktuję jako przywilej, ale wiem, że niektórzy są do niej zmuszani, choć wcalę nie chcą. Dalej więc nie wiem, czy mi się ta zmiana podoba, ale faktem jest, że rynek pracy coraz bardziej idzie w tę stronę i treba się do tego przyzwyczajać. Z punktu widzenia pracodawcy perspektywa znalezienia pracownika niemal bez ograniczeń geograficznych jest bardzo kusząca, ale w drugą stronę działa to dokładnie tak samo.


środa, 9 marca 2016

Francuski w tłumaczeniach - recenzja 3. części

Kiedy ostatnio pisałam o serii Francuski w tłumaczeniach Janiny Radej, pytaliście o to, kiedy ukaże się kolejna część. Właśnie wyszła, więc pomyślałam, że warto o tym wspomnieć. O książkach pisałam już wcześniej dość szczegółowo, więc zamiast się powtarzać, odeślę po prostu do poprzedniej recenzji. W skrócie są to bardzo udane ćwiczenia z gramatyki, opierające się na tłumaczeniu zdań z polskiego na francuski, choć ukazały się też analogiczne serie do nauki innych języków.

francuski w tłumaczeniach, preston publiching


Pierwsza część zawiera ćwiczenia na poziomie A1, druga A2/B1, a najnowsza B1/B2, co mnie cieszy, bo to akurat mój poziom. Wcześniejsze służyły mi bardziej do powtórek, z tą mogę już iść dalej. Poziom i tematy zgadzają się z tym, co znajdziemy w klasycznych podręcznikach przygotowujących do egzaminu DELF B1. Jest więc tryb łączący subjonctif, strona bierna, mowa zależna, czasy plus-que parfait i futur antérieur, zdania warunkowe i inne, zdecydowanie bardziej niż w poprzednich częściach zaawansowane zagadnienia.

Kolejna książka z serii (B2/C1) ma się ukazać w październiku. Spodziewajcie się więc informacji, choć nie ma co liczyć na to, że w kilka miesięcy dobiję do tego poziomu.

Już miałam narzekać, że nie ma wersji elektronicznej, ale na szczęście sprawdziłam, bo nie miałabym racji. Jest, po prostu nie ukazała się równolegle z drukowaną. W przypadku takich ćwiczeń praca z PDF-em jest bardzo wygodna, nagrania są też od razu dostępne jako pliki mp3. Książka jest z kolei ładnie wydana i dobrze mieć ją na półce. Ale to już mój odwieczny dylemat, bo nie mogę się powstrzymać przed kupowaniem kolejnych książek, mimo że bardzo doceniam wygodę ebooków.

poniedziałek, 29 lutego 2016

Karnawał w Annecy

Maski i kolorowe, bogate, staroświeckie stroje w XXI wieku na ulicach miasta? Do niedawna kojarzyło mi się to tylko z karnawałem w Wenecji, który od zawsze chciałam zobaczyć. Tymczasem takie wydarzenia są od lat organizowane w innych miastach Włoch, Francji, Szwajcarii, Niemiec i pewnie też w innych krajach, nie zapominając o Brazylii.

karnawał w Annecy
Carnavaliers chętnie pozowali do zdjęć sami...


Karnawał w weneckim stylu ma całkiem długą tradycję w Annecy, moim ulubionym mieście w okolicy, o którym pisałam już kiedyś i które nie bez powodu nazywane jest alpejską Wenecją. W tym roku, w poprzedni weekend, odbywał się on już po raz dwudziesty i przyciągnął prawdziwe tłumy. Na pewno pomogła w tym też piękna pogoda i temperatura dochodząca do 18 stopni. Tłum paraliżował skrzyżowania i uniemożliwiał normalne poruszanie się po wąskich uliczkach starego miasta, a każdą postać w przebraniu otaczał wianuszek kilkunastu fotografów. Bardzo trudno było o wolny stolik w restauracjach, mimo że jest ich w Annecy całe mnóstwo i ze względu na niezwykłe jak na tę porę roku ciepło dużo ludzi jadło na zewnątrz. Skoro szerzej nieznany karnawał w Annecy przyciągnął tak wielu ludzi aż trudno mi sobie wyobrazić co się musi dziać w Wenecji!

... i w towarzystwie.



A o co w tym wszystkim chodzi?

W zimowy weekend po mieście przechadzają się carnavaliers - zamaskowani ludzie przebrani w piekne i bogate stroje, ręcznie przygotowywane przez nawet kilka miesięcy. Liczy się pomysł (zdarzają się stroje wzorowane na postaciach historycznych) i wykonanie. Karnawał, który poprzedza Wielki Post, niemal od zawsze w Europie kojarzył się z dobrą zabawą i pozwalaniem sobie na więcej niż zwykle. Ułatwiała to anonimowość, którą zapewniały maski, zapewne stąd ta tradycja. Co ciekawe, to tradycja raczej katolicka, bo choć karnawały są organizowane we wszystkich większych szwajcarskich miastach to nie ma żadnego w protestanckiej Genewie.


karnawał w Annecy
Wszyscy chętnie pozowali i chwalili się strojami

karnawał w Annecy
Większość kostiumów była wzorowana na strojach historycznych.

karnawał w Annecy
A niektórzy uczestnicy sami stylizowali się na postacie historyczne - tu widzimy Katarzynę Medycejską


Z chęcią zobaczyłabym jeszcze karnawały w innych miastach, w tym oczywiście ten w Wenecji. Atmosfera naprawdę robi wrażenie. Niby nic takiego, poprzebierani ludzie przechadzają się ulicami miasta... ale trochę im się zazdrości.


A jeśli ciekawi Was jak to wygląda w innych krajach, to zapraszam na inne blogi, których autorzy pisali o karnawale u siebie:

Madou - Strasbourg
Ciekawa Aosta - Alpy
Włoskie Love - Wenecja
Primo Cappuccino - Wenecja
Studia Parla Ama - Włochy
Językowy Precel - Berlin
Językowy Precel - Cottbus


Przy okazji tej lektury widać, że karnawały niemieckie i starsbourski są zupełnie inne niż ten w Annecy, który jest bardzo inspirowany włoskimi. Nie jest to jednak wcale dziwne, bo znajdująca się na pograniczu włosko-francuskim Sabaudia została przyłączona do Francji dopiero w XIX wieku. Ale to temat na osobny wpis.


poniedziałek, 15 lutego 2016

Przepis na tartiflette i tartichèvre

Tartiflette to od dawna jedno z moich ulubionych dań. Jest łatwe i szybkie do zrobienia, pyszne i sycące, a potrzebne składniki zazwyczaj są w lodówce (z wyjątkiem sera reblochon, ale można go zastąpić innym).

Przepisów na tartiflette jest dużo i choć składniki są w każdym niemal takie same, to sposób przyrządzenia różni się w zależności od regionu. Dla mnie bazowym przepisem jest tartiflette po sabaudzku (tartiflette savoyarde), ale i tak robię go trochę po swojemu - moja wersja jest nieco lżejsza i mniej kaloryczna, ale wcale nie gorsza od oryginalnej.

Tartichèvre, tartiflette w Annecy
Tartichèvre, czyli tartiflette z kozim serem


Składniki dla 3 głodnych lub 2 bardzo głodnych osób:
  • ziemniaki (tyle, ile się zmieści w naczyniu żaroodpornym),
  • ser reblochon (mimo wielkiej miłości do sera uważam, że 1 to za dużo, bo jest bardzo tłusty, wystarczy pół),
  • 200 gramów boczku (którego nie lubię, więc zastępuję dobrą suchą szynką),
  • 100 ml śmietany (12% całkowicie daje radę, wcale nie trzeba tłustej),
  • 2 małe cebule (biała i czerwona) i 1 ząbek czosnku,
  • 100 ml białego wina, koniecznie wytrawnego,
  • 2 łyżki masła,
  • sól, pieprz, opcjonalnie gałka muszkatołowa.


Sposób przygotowania:

  1. Ziemniaki obieramy, kroimy na plastry i w osolonej wodzie gotujemy do miękkości.
  2. Cebule siekamy i smażymy na maśle aż się zarumieni. Na patelnię dodajemy pokrojony boczek lub szynkę i podlewamy winem. Dusimy ok. 5 minut
  3. Nagrzewamy piekarnik do ok. 180-200 stopni.
  4. Do naczynia żaroodpornego kładziemy warstwę posypanych pieprzem i ewentualnie gałką muszkatołową ziemniaków, na nią połowę zawartości patelni (boczek/szynka, cebula), kilka łyżek śmietany i 2 plastry sera reblochon. Następnie to samo powtarzamy z nową wastwą tak, żeby ser był na samej górze. Można jeszcze podlać odrobiną wina.
  5. Pieczemy do pół godziny, aż ser się roztopi i przyrumieni.

Przygotowany w ten sposób tartiflette nie będzie się różnić od podanego w typowych sabaudzkich restauracjach, np. w Annecy. Trudno cokolwiek zepsuć, trzeba tylko trzymać się proporcji i ilości składników, wrzucanie ich na oko sprawi, że wyjdzie prawie idealne, a jak powszechnie wiadomo, prawie robi wielką różnicę. Niedawno wyszło mi idealnie, a poprzednim razem dodałam trochę za dużo śmietany i jednak było tylko prawie, choć nikt nie narzekał.


A dlaczego akurat reblochon?

reblochon de savoie


Bo to pyszny ser z krowiego mleka o kremowej konsystencji, który niemal od razu po wyjęciu z opakowania zaczyna się topić. Jest chronionym sabaudzkim produktem regionalnym i ma bardzo ciekawą historię. Otóż niechęć do płacenia podatków jest tak stara jak ludzkość, nie dziwne więc, że XIII-wieczni francuscy rolnicy starali się płacić poborcom jak najmniej. Właściciele ziem nakładali na nich podatek w zależności od ilości mleka, jaką udało im się uzyskać, więc rolnicy przed ich przyjazdem doili krowy tylko do połowy, dzięki czemu płacili mniej. Z drugiej partii mleka, które było bardziej tłuste, robili ser. Reblocher znaczy doić ponownie, stąd jego nazwa. Bardzo trudno go dostać w Polsce, bywa w Almie, ale nie zawsze. Można go zastąpić innym łatwo topiącym się serem: camembertem, raclette lub brie. Albo kozim, a wtedy tartiflette zamieni się w tartichèvre. Najlepiej smakuje z białym winem i sałatą.

niedziela, 31 stycznia 2016

Fryburg — zabytkowe miasto w Szwajcarii

Fryburg odwiedziłam w trakcie jednej z pierwszych wycieczek do Szwajcarii. Wiedziałam, że trzeba tam koniecznie pojechać ze wględu na liczbę zabytków, idealnie zachowane średniowieczne domy i piękne położenie. Czego chcieć więcej? Do tego bardzo łatwo można się tam dostać pociągiem lub samochodem, jadąc autostradą łączącą Berno z Genewą. Sama jechałam pociągiem z Genewy i była to przygoda sama w sobie. Z Fryburga szczególnie blisko jest do Lozanny, Gruyères i Montreux.

Fryburg, for. Józef Ambrozowicz
Fryburg - miasto zabytków i mostów, fot. Józef Ambrozowicz


Miasto jest niewielkie (niecałe 40 tys. mieszkańców), ale bardzo stare (jego początki sięgają XII wieku), pełne zabytków (z polskim akcentem, ale o tym za chwilę) i pięknie położone nad rzeką Saane. W mieście mówi się po francusku, ale po drugiej stronie rzeki dominuje już język niemiecki.

Fryburg miał długą i burzliwą historię. Należał do Habsburgów, książąt Sabaudzkich i w końcu do Konfederacji Szwajcarskiej. W średniowieczu kwitł tam przemysł tekstylny, który jednak później podupadł. Reformacja nie dosięgnęła tego od zawsze katolickiego miasta, oparło się ono również zawieruchom wojennym, dzięki czemu zachowały się najstarsze budynki, w tym cała dzielnica gotycka, z autentycznymi średniowiecznymi fasadami. Na pewno miały w tym udział potężne fortyfikacje i bramy zbudowane jeszcze między XIII a XV wiekiem i potem niestety stopniowo niszczone aż do początku poprzedniego stulecia.

Fryburg, for. Józef Ambrozowicz
Fryburg - Katedra św. Mikołaja, najstarsze domy i widoczne fortyfikacje. FotJózef Ambrozowicz
Fryburg, for. Józef Ambrozowicz
Ulice i uliczki Fryburga są pełne uroku o każdej porze. FotJózef Ambrozowicz
Fryburg, for. Józef Ambrozowicz
Fryburg od strony rzeki Saane (Sarine), fot. Józef Ambrozowicz


Na co warto zwrócić uwagę we Fryburgu? Na pewno na średniowieczną zabudowę, ratusz, liczne stare mosty, mnóstwo fontann z rzeźbami, a także (a może przede wszystkim) na górującą nad miastem katedrę św. Mikołaja z 76-metrową wieżą. To w tej gotyckiej świątyni znajduje się polski akcent, o którym wspomniałam na początku wpisu, a mianowicie witraże Józefa Mehoffera. W 1895 r. w katedrze został ogłoszony konkurs na projekt witraży. Zapowiadało się ważne i niezwykle prestiżowe przedsięwzięcie, zgłosiło się więc kilkudziesięciu twórców z całej Europy. Największe wrażenie na jury zrobił projekt zaledwie 26-letniego wówczas Mehoffera, który został przez nich uznany za geniusza. Witraże te można z całą pewnością nazwać dziełem życia artysty, przyniosły mu międzynarodową sławę i uznanie. Za jeden z nich, zatytułowany „Męczennicy”, otrzymał w 1900 roku złoty medal na Wystawie Światowej w Paryżu. Należą do najwspanialszych dzieł sztuki witrażowej na świecie.


Józef Mehoffer, witraż „Apostołowie”, fot. Józef Ambrozowicz
Józef MehofferApostołowie, fot. Józef Ambrozowicz

Józef Mehoffer, witraż „Pokłon Trzech Króli”, fot. Józef Ambrozowicz
Józef Mehoffer, Pokłon Trzech Króli, fot. Józef Ambrozowicz

Józef Mehoffer, witraż „Bóg Ojciec”, fot. Józef Ambrozowicz
Józef Mehoffer, Bóg Ojciec (fragment środkowego witraża w prezbiterium katedry fryburskiej), fotJózef Ambrozowicz


Jeśli mało Wam, drodzy czytelnicy, Fryburga i Mehoffera, po więcej odsyłam do książki, którą bardzo polecam. Józef Mehoffer - artysta wszechstronny” to pięknie wydany album, w którym można zobaczyć największe dzieła twórcy, między innymi te z Fryburga. Po więcej szczegółów odsyłam na stronę wydawnictwa JOTA.

Józef Mehoffer - Artysta wszechstronny, okładka albumu
Okładka albumu


Malowniczość, sztuka i zabytki to niejedyne zalety Fryburga. To także tętniące życiem miasto uniwersyteckie. Liczne kawiarnie i restauracje zapraszają do środka, a każda uliczka kryje coś nowego i ciekawego. Warto się tam wybrać i to niejeden raz.

Technologia Blogger.